Tematem jest cytat z „Człowieka w ogniu” z Denzelem Washingtonem w roli głównej (tytułowej ?). Wprawdze filmu nie widziałam, ale te dwa zdania utkwiły mi w pamięci z trilera, którego widziałam bodajże ze 3 razy.

Co ma cytat z filmu akcji do mojego życia? Otóż wiele. NAPRAWDE nie potrzebuje i nie chce pieniędzy / dosłownie i w przeności/. Zmieniło się moje podejście do życia – jeżeli usiądziesz ze mną na ławce, będzie -20 stopni, bedziemy tak siedzieć w całkowitym milczeniu, to to mi sprawi radość. Nawet jezeli potem bede miała grype, to jezeli to sprawi Ci radość i „się jakoś zbliżymy”, będę szczęśliwa. Mi do szczęścia naprawde niewiele potrzeba. I druga część – Chcę dowodu życia. Chcę dowodu życia od innych. Zielonego światła. Dowodu, że wszystko jest (i bedzie) ok, że jestem w jakiś sposób kochana i potrzebna, itp. A jak narazie widzę tylko czerwone i żółte światła. Zieleń emanuje od osób które moge zliczyć na palcach jednej ręki. Niestety. :| JA tego nie zmienie, ale MY – owszem.

Dowód życia tyczy się też mnie. Z każdym dniem jak wiele spraw się wali. A ja stoje i ze „spokojem” się na to patrze. Wiem, co chce osiągnąć, ale nie wiem jak. Dlatego pozostaje bierna. Niby czas najlepiej leczy rany. Ale wiem z autopsji, że wcale tak nie jest. Przez ten czas rana się goi, ale wreszcie znika i pozostawia tylko brzydką bliznę. Ja już mam dość blizn „na ciele, umysle i sercu”. I z każdym dnim widze, że moje kolory bledną. Moja siła, energia i ochota do życia gdzieś znikają. A najgorsze jest to, że też znikają moje marzenia. Nie mówię o tych odległch – kochającej rodzinie czy milionów na koncie – ale o tych bliższych. Nie wiem, może mi się tak tylko wydaje [oby]. Bo w sumie: mam wspaniałą przyjaciółkę (czego czasami nie potrafię docenić i przez to obie cierpimy __-__ Agata, ty głupia ***o), mam fajne kolerzanki i kolegów (!), zajebistych nauczycieli, którzy mimo wszystko są ludźmi (niewszysycy ale przekonuje się, ze większość tak :) no i prawdopodobnie dopełną się moje plany o aktorstwie (w jakiś tam sposób). Ale… Mimo wszystko chcę i potrzebuję czegoś jeszcze. :< Czuję, że nie mam w życiu celu. Poprostu wstaje rano, ide do szkoły, odsiaduje swoje, wracam, lekcje, spać i znowu tak samo. Jak maszyna. Lecz… Może pójście na polski z odrobioną praca domową, spowodowanie wybuchu śmiechu u Just czy zabawna wymiana zdań z jednym z nauczycieli moze być celem? Zastępczym napewno. Dopóki nie uporzadkuje sobie życia i nie określę lub nie odnajde „głebko we mnie” (bynajmniej nie w dupie) prawdziwego celu. :)

Muszę z Nim i z Nim pogadać. A z Nim spotkać i też pogadać. I wreszcie utrzymać nerwy na wodzy i nie denerwować się na Nią głównie – powrócić do starego systemu. A z Nią – ehhhh, coś zrobić (najlepiej kupić się na swoim życiu ^^”).

Amen.