kasztanek blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 11.2005

Mimo że jestem jeszcze chora, a raczej nie-dokońca-zdrowa, poszłam do szkoły. Nie było to mądre posunięcie…

Jak zwykle spotkałam się z Karolincią na stacji metra. Ja zwykle stanęłam po lewej stronie schodów, na 2 schodku i czekałam na Nią. I jak zwykle ludzie przyglądali mi się jakbym wyglądała ‚inaczej’, albo robiła róźne,dziwne rzeczy. O_o No tak w końcu stoję spokojnie w jednym miejscu, mam plecak i pewnie jestem terrosrystką grupy „Króliczek Uzurpator”. Zapewne. Ale dzisiaj te spojrzenia były wyjątkowo natrętne. No, ale może tylko mi się wydawało, bo przez 5 dni siedziałam w domu, żyłam w ‚innym świecie’ (dosłownie i w przenosni :P) i moim głównym zadaniem było przetwarzanie chusteczek higienicznych. Myśląc, że to tylko wytwór mojej wyobraźni ruszyłam do szkoły. I tam zaczął się dramat. Horrorem tego nie mogę nazwać, bo krew się nie polała. Niestety.

W niespełna 10 minut po przekorczeniu bramy szkoły zostałam zaatakowana. Gdzie są zdjęcia klasowe? Od połowy klasy zamiast „cześć” usłyszałam „zdjecia”. A jeszcze od osoby, od której najmniej się spodziewalam jakich kolwiek oskarżeń, miała do powiedzenia najwięcej. ‚Sorry Agata, ale mogłaś to załatwić wcześniej, to już tylko twoja wina.’ Taaaa… Ale gdyby 27 osób przyniosło pieniądze w ciągu tygodnia to byście mieli ten świstek papieru wcześniej. Bo nie ukrywajmy – te zdjecia to kawałek papieru, kolorowy i błyszący z jednej strony, a biały i matowy z drugiej. Lecz muszę przyznać, że na tym zdjeciu wyszłam normalnie i…..ładnie. ;)

Potem dodatkowy angielski. Lekcja jak zawsze nudna, bezużyteczna, dołujaca, denerwujaca et cetra. Facet zwrócił na mnie łąskawie uwagę, kiedy wysyłałam 4 SMSa. Brawo i dziękuje. Na szczęście to była prawdopodbnie moja ostania lekcja w EF. Thank’s God.

Nawet przedmioty martwe są dzisiaj przeciwko mnie. Kiedy między szkołą a EFem chciałam posłuchać muzyki, moja wieża się zbuntowała. Radio trzeszczało, a odtwarzacz uważał, że nie ma płyt. Kłamał, bo miał. Tym razem to siła zwycięzyła nad rozumem. ;) Ale, niestety, i tak zostałam ‚pokonana’. Wybuchłam……..

Ale dzisiejszy dzień miał, o dziwo, też pozytywne strony.
1) Język polski. Dostałam najtrudniejsze zadanie, ale pani ze stoickim spokojem stwierdziła, że kto jak kto, ale ja z koleżanką damy sobie z tym radę. Pozostawiając mnie w szoku, pani (profesor) odeszła….
2) Dom. Moja mama wychwalała mnie mojemu dziadkowi. Rozmawiała z Nim przez telefon, a ja tylko słyszałam kawałek rozmowy. Ale zrobiło mi się bardzo miło. Miałam łzy w oczach. Przecież nie trzeba przekonywac kogoś o moich zaletach, jeżeli ten ktoś mnie zna od urodzenia…

Dwa wnioski wyciągnięte z koszmarnego dnia dziejszego:

1) Gorzej już być NIE MOŻE.

2) Tyle było dni do utraty sił
Do utraty tchu tyle było chwil
Gdy żałujesz tych ,
z
których nie masz nic

Jedno warto znać , jedno tylko wiedz , że

Ważne są tylko te dni których jeszcze nie znamy
Ważnych jest kilka tych chwil , tych na które czekamy
;)

pomyłka

1 komentarz

Coś się zmieniło.
Z ,teoretycznie, szczęśliwej, pogodnej i zwariowanej dziewczyny stałam się uśmiechniętą, ale zatroskaną nastolatką, która, w każdej minucie, toczy walkę z własnymi myslami…

Nie wierzyłam, że słowo może wywyołać dreszcz, któy przechodzi całe ciało – myliłam się.

Nie sądziłam, że można płakać nad ksiażką – pomyliłam się.

Ksiązka czytana po raz kooleny, jest przewidywalna i nie wywołuje żadnych emocji – fałsz.

Wierzyłam, że już nigdy nikt mnie nie zawiedzie i/lub nikt mnie nie rozaczruje – myliłam się i to wiele razy.

Polski to moja pięta achillesowa – nie prawda.

My life is full of mistakes. They’re like pebbles that make a good road.
- Beatrice Wood

Mam nadzieje, że i w moim życie nie tylko te pomyłki, ale i wszystkie wyjdą mi na dobre…

A-neko – Rozgryzłam Cię ! A co do tego mojego layoutu. No cóz… Tylko krowo nie zmienia pogladaów. I to chyba jest pozytywne zjawisko. ;)

W sobote, zmęczona i obolała dowlokłam się razem z rdzicami do „SZWEJKA”, gdzie byliśmy umówieni ze znajomymi na piwo tudzież jakieś jedzenie. Faktycznie – było śmiesznie, naszą ofiarą padł kelner. Ale nie był bez winny :P. Ale… czułam się trochę jak warzywo. Moje myśli krążyły wokół logiki i zbiorów, ROMY, listu, prawiczka itp. Ale można się przyzwyczaić – w końcu we ‚wspaniałej szkole nr 28′ dzieki ludziom, którzy poświecili swoje życie, aby zrobić z człowiekopodobnych porządnych ludzi. Tak, dziękuje pani Ś., pani G., panu J….

To w sumie, na tyle. Życie toczy się dalej… „A życie jest kabaretem.” Czego chcieć wiecej? ;>

Sprawa z poprzedniej notki nieaktualna. Wszystko się zmieniło. Posypało się niczym pieprzony domek z kart. I dobrze. Może i oczekiwałam czegoś. Ale nie ja, tylko moje ciało. BIS potrzebował kontatku fizycznego, a nie miłości. A że się tak nie stało…. to bardzo dobrze.

Czuję się źle. Gdy ‚nauczyłam’ się czegoś ‚nowego’, ‚przyjemność’ z posiadania tej wiedzy jest mi odbierana.

Dlaczego jeżeli mam swoje zdanie i chce coś zmienić lub chociaż powiedzieć, nie jest mi to dane? Dlaczego tam gdzie mam do tego prawo jest mi to odbierane? Oczywiscie nie przez wszystkich, ale pare osób czycha na mnie z nożyczkami, aby przyciąć mi skrzydła. Skrzydła, które nareszcie są duże i pokryre śnieżnobiałym puchem z pojedyńczymi kolorowymi piórkami; raz różowym, o tam jest i niebieskie, a tam, na końcu, zielone.

Lecz to co się dzieje na codzień znika, gdy nastaje weekend. W sobote i niedziele jestem kimś innym. Tak jakby alter ego. Gdzy przekraczam próg, mówie „Dzień dobry”, schodzę na dół, uśmiecham sie do pani dostajac metalową blaszke i zmieniam ubranie. Gdy zakładam bluzkę, to tak jakbym zakładała maskę. Wkraczam do innego świata z chwilą gdy stoję na czarnej, zniszczonej podłodze, przed sobą widzę krzywe odbicie w lustrze, a promienie słoneczne wpadają przez stare okna. Tam czuję się szczęśliwa. I choć nie jestem najlepsza, wspaniała i wogóle, to tam jest inaczej. Tam chcą mi pomóc, nauczyć czegoś. Tam zamiast podcinać, dodaja mi sił i pragną, abym się wzibiła i poleciała i dosięgnęła gwiazd. W ‚świątyni’ jestem. ;}

Lecz oprócz tego alternatywnego świata, mam inne miejsce. Magiczne miejsce. Mały punkt w którym żyją moje marzenia. Tam one śpią, żywią się i rozwijają sie, aby się spełnić. One nie wiedzą, co to strach czy wstyd. Gdy któreś z nich uzna, że czas opuścić ‚magiczny’ punkt, nie zważa na przyziemne rzeczy. Gdy uzna, że już jest na tyle dojrzałe by się spełnić, ja nie mam na to zasadniczego wpływu. Owszem, mogę powiedzieć NIE. Tylko po co? Nie zabije części mnie. Tylko marzenia mają to do siebie, że żyją w tym magiczneym małym punkcie na Ziemi i opuszczają go kiedy one tego chcą. Ale można powiedzieć, że to jest ich zaleta, a nie wada. ;)


  • RSS