Tak. to już dzisiaj. Przed ostani dzień karnawału. Nie spędziłam go tradycyjnie.

Spędziłam 9 godzin w jednym miejscu. Topograficznie położonego w centrum Warszawy. I jak większość młodego pokolenia Polski (a do takiego, nie bójmy się tego powiedzieć, należę) prawdopodbnie bawiła się na imprezach w domach / klubach, a alkohol lał się strumieniami. Dziki, wino i pianio + taniec.
Ja, dzisiejszego wieczoru, siedziałam na dupie, w fotelu obitym czerwonym materiałem. Poprostu siedziałam i patrzyłam. Nie umiem kłamać. To nie było takie „poprostu siedzienie”. Chyba, że fizycznie, ale tam w środku, gdzie rodzą się uczucia i myśli, aż wrzało. Nie potrafię tego opisać. Jest to jedna z tych awykonalnych rzeczy.

Miałam wybór. Pewnie jakiś fanatyk nazwał by to konfliktem tragicznym, bo miałam do wyboru dwie równorzędne alternatywy na dzisiejszy wieczór. Antygona pewnie się przewraca teraz w grobie, bo ja, mimo wszystko, wybrałam dobrze. ;]

Ten uśmiech, spojrzenie, gest na koniec tej części wieczoru, były niesamowite. Takie… Ojej. Znów brakuje mi słów. Ale gdy to zobaczyłam, i poczułam, zrobiło mi się tak… przyjemnie, weselej. Może to była forma akceptacji? Podziękowania? Nie wiem. Niepowtarzalne i niezwykłe. No i nie do opisania.

Równie niesamite jest to, gdy nagle, usiwadamiasz sobie, że w każdym momencie możesz ‚włączyć głos’ człowieka, który jest twoim nauczycielem życia i przewodnikiem po nim. Może nie dosłownie, ale coś w tym jest.
Słyszysz głos pełen ciepła, a gdy zamykasz oczy, to widzisz ten uśmiech, oczy i pierdoloną uprzęż na nodze.