kasztanek blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 3.2006

Alcatraz

1 komentarz

Dla wielu było i jest postrachem. Piekłem na ziemi. Tam trafiali ludzie, którzy siegnęli dna deprawacji, których nawet w piekle nie chcą. Niepokonane, niedosignione, tajemnicze, budzące lęk, strach, respekt, podziw.

The Rock.

Obdrapane ściany. Przenikliwy chłód. Echo, które odbija się od każdej ściany. Mocne i niepokanane kraty.

Wielu chciało z tamtąd uciec. To było ich marzenie. Mimo, że byli na dnie, mieli marzenia. W końcu przez okno stołówki codziennie ogladali długi, piękny, potężny, czerwony most – ucieleśnienie marzeń. Paru próbowało. Daremnie. Nawet jeśli udało im się opuścić ‚Skałę’, to prawdopodobnie zginęli w wodach zatoki.

A ja. Własnie w tym momencie, pragnę być tam. Tam gdzie NIKT nie chciał być.
Gdzie bede otoczona wielką wodą.
Gdzie bede sama.
Gdzie mój ukłąd nerwowy bedzie miał szansę odetchnąć.
Gdzie bede miała czas na wszystko, łącznie z myśleniem i uczeniem się.
Gdzie stanie się magia.
Gdzie zdarzy się wiele innych rzeczy.

Gdy tam byłam, pomyślałam sobie że niegdy nie chciałabym tam być całkowicie sama. A tym bardziej nocą.
Lecz teraz dochodzę do wniosku, że 24 godziny tam były by naprawdę cudowne. Ale nie sama. Z kimś, kimkolwiek, kto sprawiłby żebym się nie bała.


WNIOSEK NA DZIŚ:
Nigdy nie mów nigdy.

ironia

Brak komentarzy

ironia zamaskowana kpina; drwina zawarta w pozornej aprobacie; lekki sarkazm, ujęty w wypowiedź, której zamierzony sens jest odwrotnością dosłownego znaczenia słów.

Etym. – łac. ironia ‚jw.’ z gr. eirōneía ‚udawanie; przybieranie postawy ignoranta, profana (jak Sokrates wobec swych rozmówców; por. oida ouden eidos); kpina; wykręt’ od eírōn ‚filut; szelma’.

Znów odwołuje się do słownika. Ostatnio zaglądam do niego równie często jak do „Niepewnosci” po rosyjsku (bynajmniej nie po rusku, tylko właśnie po rosyjsku), „Pana Tadeusza” (który mnie zaciekawił i żałuję, że nie mogę spokojnie usiąść i go przeczytać nie myśląc o tysiącu innych spraw) i TM Roma w któym jestem średnio 5 razy w tygodniu. Jednak słowinik to pomocna rzecz. Według mnie, to takie okno na świat. Jest jak dobra „zwykła” książka. Można nad nim płakać, śmiać sie, bać się i wiele nauczyć.

Wracajac do tematu. Byłam dzisiaj na rehabilitacji (ale nie to jest najważniejsze) i tam zobaczyłyam rzecz straszną. Młody człowiek – góra 25 lat – prawa noga wyraźnie bardziej różowa niż lewa i spuchnięta, a miesnie też jakby mniejsze. Najpierw ów człowiek coś sobie ćwiczył na rowerku i z piłką przy ścianie, a następnie wziął kule i chodził od ściany do ściany. Chodził. Ostrożnie stawiał kule, potem przeniósł cały cięzar na mięśnie rąk i prawą nogę delikatnie stawiał na podłodze. Choć pewnie o tym nie myślał i nie zamierzał, każdy jego ruch był pełen gracji i wdzięku. Dla mnie było to naprawdę piękne. Na jego twarzy widać było ból, zrezygnowanie, niechęć do własnego ciała, lecz on się nie poddał. Potem, w szatni, zobaczyłam TO. TO… Tą pierdoloną uprzęż, stabilizator na nogę który ułatawia, a raczej umożliwia ruch i ogranicza ból do „niezbędnego minimum”. Ta niebieska uprzęż to smutek, przegrana (zwłaszcza – marzenia) i zmiana na całe życie. I zawsze gdy ją widzę, nieważne na kim, humor mi się psuje, wracaja wspomnienia i jest dziwnie. Oczywiście przypomina mi tego, do którego należy głos z piosenki numer 11… Do autorytetu…

Skad półączenie tego człowieka, sunącego po różowawo-ziolnkawej sali z ironią?

Czy to nie ironiczne, że matka uczy dziecko chodzić, cieszy się z jego pierwszych kroków, ma śmierć w oczach gdy upada, a kilkanaście lat później, wszystko trzeba zacząć od nowa, nauczyć się chodzić jeszcze raz?

Wiem, że to się wydaje dziwne i pewnie dużo osób by stwierdziło, że jestem chora psychicznie, ale chciałabym być na miejscu tego człowieka. A jeżeli nie być nim, to być bardzo, bardzo blisko niego. Uczyć go na nowo czym jest „chodzenie”, być przy nim zawsze.
Taki wypadek to wiele bólu i pewnie na początku nie widzi sie sensu życia. Ale z drugiej strony… Uczymy się życia na nowo. Czynności tak dla nas naturalne, jak chodzenie, bieganie, skakanie, stają się awykonalne. Sądze, że pojawiają się myśli, że nie warto, że się nie uda. Jej, jakie to musi być doswiadczenie. Przeżycia, uczucia, emocje, myśli. Naprawdę mnie to fascynuje i niezmiernie ciekawi.
I chyba sentancja iż „Zdrowie jest najważniejsze”, w moim przypadku, szwankuje.

Niestety, tego nie ma w słowniku.

„Krzysztof obserwuje innych w sposób bardzo głęboki, poprzez ich zmartwienia, ich myśli. Stara się dotrzeć do bardzo szczególnych emocji takich jak intuicja, percepcja… To jest coś bardzo delikatnego.”

(Irene Jacob)

Jeszcze rok temu przeszłąbym obojetnie koło takiej daty. Lecz coś we mnie pękło. „Cudze chwalicie, swego nie znacie.” Moja wrażliwość jest niedopieszczona, mimo MADRYTU 03.

MADRYT 03

Ten dwuaktowy dramat utrzymany w konwencji onirycznej wędrówki przez ludzkie wnętrze, ożywiony ekspresywnym tańcem z wykorzystaniem współczesnych technik „physical theater”, jest artystyczną ilustracją współczesnej obyczajowości. Artyści dotykają tematów niewygodnych, często skrywanych, choć istotnych i podstawowych dla budowania relacji międzyludzkich, takich jak tolerancja, asymilacja, homoseksualizm czy religia.

Spektakl ten jest podróżą przez człowieka-jego emocje, lęki, pragnienia oraz dramatyczną walkę o własną tożsamość. Próbą zgłębienia nie tylko samego siebie, poznawania swoich ograniczeń i możliwości, zobrazowaniem ludzkiej słabości w sytuacji ekstremalnej, ale również, a może przede wszystkim, jest ilustracją nieśmiałego kroku w kierunku drugiego człowieka- pragnieniem poznania go, poszukiwaniem nowych form komunikacji, porozumienia, kontaktu.

Według mnie – dziwne, inne, oryginalne, poruszajace, zaskakujące, piękne, artystyczne, niepowatarzalne i wyjatkowe. I dodatkowo Michał, jakiego nie znałam.

Kino nigdy nie dorówna teatrowi. Ta chwila, ten moment, to uczucie i ten kontakt. Film nie ma ani jednej z tych rzeczy. X Muzo = exuse me.

Wyszedłeś bez pożegnania
kiedy było jeszcze ciemno
zostawiłeś mnie
z kroplą zimnej kawy
w białej filiżance
z zapachem potu
na szorstkiej pościeli
ze smakiem rozkoszy
na spękanych ustach
Lubię te nasze małe rozstania
kiedy chęci w nas więdną
i jesteśmy wtedy sami sobie
kochankami
jak w tandetnym romansie
bez świeżości i polotu
od poniedziałku do piątku
milkną nasze głosy
droga między nami robi się pusta
A potem znowu do siebie
wracamy
w ramionach swych z miłości umieramy
a przepoconej pościeli czując się jak w niebie…

Ty i ja.
Roma i Agata.
Дружба только это?.. Или уж люблю я?

autoryet

1 komentarz

Kim jest autorytet wedłu encyklopedii onet.pl?
Autorytet ma osoba, która dysponuje dużą wiedzą, ale też, w zależności od przyjętych społecznie wartości, dużą siłą lub bogactwem.

Ja mam takie autorytety. Gdy te dwie osoby coś robią, mówią – dla mnie to jest świętość. Każde słowo, ruch, gest jest dla mnie wiele, bardzo wiele warte.

I, gdy jeden z nich, tych autorytetów, mnie ostanio pochwalił, byłam naprawdę zadowolona i dumna z siebie.
Lecz dziś, wyszłam na kompletną idiotkę przed drugim. On, w sensie ten autorytet, tak prawdopodbnie nie myśli (albo przynajmniej nie AŻ tak jak ja) i prawdopodbnie już o tym zapomniał. Lecz ja nie.

Co czuję, gdy wyszłam na kretynkę, idiotkę i poprostu było mi głupio przed osobą którą cenię i szanuje pod kazdym względem?
Zażenowanie, wstyd, smutek, żal, złość, nienawiść, bezradność.

Co robię teraz, gdy wszystko już minęło?
Myślę, robię wszystko, żeby udowodnić jemu, autorytetowi oczywiscie, i chyba też sobie, że potrafię i że to była „chiwla słabości i dezorientacji umysłowej”. Wyobrażam sobie, jak będzie następnym razem. Całym sercem pragnę by i On, dalej mam na myśli autorytet, był ze mnie dumny itp itd.

I gdy siedzę i robię to wszystko, raz ciepła a raz lodowata łza spływa po moim policzku…

„Po co walę się młotkiem w głowę?
Bo jest tak przyjemnie, kiedy przestaję.”


  • RSS