ironia zamaskowana kpina; drwina zawarta w pozornej aprobacie; lekki sarkazm, ujęty w wypowiedź, której zamierzony sens jest odwrotnością dosłownego znaczenia słów.

Etym. – łac. ironia ‚jw.’ z gr. eirōneía ‚udawanie; przybieranie postawy ignoranta, profana (jak Sokrates wobec swych rozmówców; por. oida ouden eidos); kpina; wykręt’ od eírōn ‚filut; szelma’.

Znów odwołuje się do słownika. Ostatnio zaglądam do niego równie często jak do „Niepewnosci” po rosyjsku (bynajmniej nie po rusku, tylko właśnie po rosyjsku), „Pana Tadeusza” (który mnie zaciekawił i żałuję, że nie mogę spokojnie usiąść i go przeczytać nie myśląc o tysiącu innych spraw) i TM Roma w któym jestem średnio 5 razy w tygodniu. Jednak słowinik to pomocna rzecz. Według mnie, to takie okno na świat. Jest jak dobra „zwykła” książka. Można nad nim płakać, śmiać sie, bać się i wiele nauczyć.

Wracajac do tematu. Byłam dzisiaj na rehabilitacji (ale nie to jest najważniejsze) i tam zobaczyłyam rzecz straszną. Młody człowiek – góra 25 lat – prawa noga wyraźnie bardziej różowa niż lewa i spuchnięta, a miesnie też jakby mniejsze. Najpierw ów człowiek coś sobie ćwiczył na rowerku i z piłką przy ścianie, a następnie wziął kule i chodził od ściany do ściany. Chodził. Ostrożnie stawiał kule, potem przeniósł cały cięzar na mięśnie rąk i prawą nogę delikatnie stawiał na podłodze. Choć pewnie o tym nie myślał i nie zamierzał, każdy jego ruch był pełen gracji i wdzięku. Dla mnie było to naprawdę piękne. Na jego twarzy widać było ból, zrezygnowanie, niechęć do własnego ciała, lecz on się nie poddał. Potem, w szatni, zobaczyłam TO. TO… Tą pierdoloną uprzęż, stabilizator na nogę który ułatawia, a raczej umożliwia ruch i ogranicza ból do „niezbędnego minimum”. Ta niebieska uprzęż to smutek, przegrana (zwłaszcza – marzenia) i zmiana na całe życie. I zawsze gdy ją widzę, nieważne na kim, humor mi się psuje, wracaja wspomnienia i jest dziwnie. Oczywiście przypomina mi tego, do którego należy głos z piosenki numer 11… Do autorytetu…

Skad półączenie tego człowieka, sunącego po różowawo-ziolnkawej sali z ironią?

Czy to nie ironiczne, że matka uczy dziecko chodzić, cieszy się z jego pierwszych kroków, ma śmierć w oczach gdy upada, a kilkanaście lat później, wszystko trzeba zacząć od nowa, nauczyć się chodzić jeszcze raz?

Wiem, że to się wydaje dziwne i pewnie dużo osób by stwierdziło, że jestem chora psychicznie, ale chciałabym być na miejscu tego człowieka. A jeżeli nie być nim, to być bardzo, bardzo blisko niego. Uczyć go na nowo czym jest „chodzenie”, być przy nim zawsze.
Taki wypadek to wiele bólu i pewnie na początku nie widzi sie sensu życia. Ale z drugiej strony… Uczymy się życia na nowo. Czynności tak dla nas naturalne, jak chodzenie, bieganie, skakanie, stają się awykonalne. Sądze, że pojawiają się myśli, że nie warto, że się nie uda. Jej, jakie to musi być doswiadczenie. Przeżycia, uczucia, emocje, myśli. Naprawdę mnie to fascynuje i niezmiernie ciekawi.
I chyba sentancja iż „Zdrowie jest najważniejsze”, w moim przypadku, szwankuje.

Niestety, tego nie ma w słowniku.