kasztanek blog

Twój nowy blog

autoryet

1 komentarz

Kim jest autorytet wedłu encyklopedii onet.pl?
Autorytet ma osoba, która dysponuje dużą wiedzą, ale też, w zależności od przyjętych społecznie wartości, dużą siłą lub bogactwem.

Ja mam takie autorytety. Gdy te dwie osoby coś robią, mówią – dla mnie to jest świętość. Każde słowo, ruch, gest jest dla mnie wiele, bardzo wiele warte.

I, gdy jeden z nich, tych autorytetów, mnie ostanio pochwalił, byłam naprawdę zadowolona i dumna z siebie.
Lecz dziś, wyszłam na kompletną idiotkę przed drugim. On, w sensie ten autorytet, tak prawdopodbnie nie myśli (albo przynajmniej nie AŻ tak jak ja) i prawdopodbnie już o tym zapomniał. Lecz ja nie.

Co czuję, gdy wyszłam na kretynkę, idiotkę i poprostu było mi głupio przed osobą którą cenię i szanuje pod kazdym względem?
Zażenowanie, wstyd, smutek, żal, złość, nienawiść, bezradność.

Co robię teraz, gdy wszystko już minęło?
Myślę, robię wszystko, żeby udowodnić jemu, autorytetowi oczywiscie, i chyba też sobie, że potrafię i że to była „chiwla słabości i dezorientacji umysłowej”. Wyobrażam sobie, jak będzie następnym razem. Całym sercem pragnę by i On, dalej mam na myśli autorytet, był ze mnie dumny itp itd.

I gdy siedzę i robię to wszystko, raz ciepła a raz lodowata łza spływa po moim policzku…

„Po co walę się młotkiem w głowę?
Bo jest tak przyjemnie, kiedy przestaję.”

Tak. to już dzisiaj. Przed ostani dzień karnawału. Nie spędziłam go tradycyjnie.

Spędziłam 9 godzin w jednym miejscu. Topograficznie położonego w centrum Warszawy. I jak większość młodego pokolenia Polski (a do takiego, nie bójmy się tego powiedzieć, należę) prawdopodbnie bawiła się na imprezach w domach / klubach, a alkohol lał się strumieniami. Dziki, wino i pianio + taniec.
Ja, dzisiejszego wieczoru, siedziałam na dupie, w fotelu obitym czerwonym materiałem. Poprostu siedziałam i patrzyłam. Nie umiem kłamać. To nie było takie „poprostu siedzienie”. Chyba, że fizycznie, ale tam w środku, gdzie rodzą się uczucia i myśli, aż wrzało. Nie potrafię tego opisać. Jest to jedna z tych awykonalnych rzeczy.

Miałam wybór. Pewnie jakiś fanatyk nazwał by to konfliktem tragicznym, bo miałam do wyboru dwie równorzędne alternatywy na dzisiejszy wieczór. Antygona pewnie się przewraca teraz w grobie, bo ja, mimo wszystko, wybrałam dobrze. ;]

Ten uśmiech, spojrzenie, gest na koniec tej części wieczoru, były niesamowite. Takie… Ojej. Znów brakuje mi słów. Ale gdy to zobaczyłam, i poczułam, zrobiło mi się tak… przyjemnie, weselej. Może to była forma akceptacji? Podziękowania? Nie wiem. Niepowtarzalne i niezwykłe. No i nie do opisania.

Równie niesamite jest to, gdy nagle, usiwadamiasz sobie, że w każdym momencie możesz ‚włączyć głos’ człowieka, który jest twoim nauczycielem życia i przewodnikiem po nim. Może nie dosłownie, ale coś w tym jest.
Słyszysz głos pełen ciepła, a gdy zamykasz oczy, to widzisz ten uśmiech, oczy i pierdoloną uprzęż na nodze.

14 luty. Imieniny Walentego. A raczej jedne z imienin. bo Walenty świetuje także 7 stycznia, 2 oraz 21 maja. Zastanawiam się czemu akurat to Walenty został „patronem zakochanych” i dlaczego akurat w jego imieniny celebrujemy miłosć w tak widoczny sposób? Bo imię Walenty oznacza człowieka wartosciowego, wpływowego, dobrej kondycji, zdrowego i silnego. Wiec jak to się ima Walentynek? Ni chuja.

Lecz dalej mnie to nurtuje i ambitnie szukałam odpowiedzi w internecie. O przepraszam, Internecie. Znazalam:
Legenda głosi, że św. Walenty był księdzem żyjącym w trzecim wieku w Rzymie. U panowania był wtedy cesarz Klaudiusz II, który doszedł do wniosku że samotni wojownicy są lepsi w walce niż Ci którzy posiadają kochanki. Zabronił o­n więc młodym mężczyznom szukać szczęścia w miłości, zamiast tego mieli o­ni zbudować silną armię. Przypuszczalnie Walenty przeciwstawił się władcy i potajemnie pozwalał młodym parom zawierać związek małżeński. Kiedy cesarz odkrył ten fakt skazał księdza na śmierć.

Fajnie, fajnie. Ja mam własną teorię.

‚Święto’ narodziło się w USA, przynajmniej tam jest najbardziej celebrowane. Amerykanie to albo tłuste spaślaki albo pracocholicy. Więc wydaje mi się, że ktoś kiedyś uznał, że moze jednak dać szanse i tym ‚biednym’ pracoholikom dzień wytchnienia i żeby mogli chociaż 1/365 (wyjatek: 1/366) roku poświęcić miłości. Dzisiaj 14 luty jest totalnie skomercjalizownay i chyba przez to większosć ludzi nie dostrzega pozytywnych aspektów tego ‚święta’. A takie są napewno.
Mówi się, że jak ktoś kogoś kocha to nie potrzebuje Walentynek. Że nie potrzebuje zobaczyć rano w klanedarzu 14.02. żeby kupić ukochanemu kwiaty, zaprosić na kolację, zabrać do kina czy powiedzieć „Kocham”. Ale to napewno pomaga. Tak mi się wydaje. Że w tym dniu wszystko co robimy dla ukochanej osoby na nowo się rodzi. W zgiełku codzinneości zatrzymujemy się na chwilę i zdajemy sobie sprawę, że jest gdzieś kto na nas czeka, ktoś kto nas kocha, takim jakim jesteśmy, co to jest naprawdę miłość i tak dalej. I wydaje mi się, że kiedy to sobie wszystko uśiwadamiamy np jadąc na spotkanie z ukochaną osobą, te ‚zwykłe’ czynności jak kino we dwoje, pocałunki czy powiedzenie ‚Kocham Cię’ nabiera nowego znaczenia.

Przynajmniej tak mi się wydaje. Ale co ja mogę wiedzieć o miłości? Od 12 sierpnia 1989 nie miałam partnera. Nikogo nie pokochałam szczerą, bezgraniczną i gorącą miłoscią. Nikt mnie taką nie obdarzył. Samotna, ale nie osamotniona.
Dzisiaj razem z kolerzankami zrywałyśmy dakorację serduszkowe w szkole i wysmiewałyśmy ten dzień. Nie czuje wyrzutów sumienia. Bo miłosć z czegoś intymnego robi się zjawiskiem na szeroką skalę. Wiecęj, mocniej i żeby wszyscy widzieli. Taka autoreklama. Te wszystkie serduszka były jak wielki neon nad sex-shopem albo jak czerwone latarnie w Amsterdamie.

Moje walentynki? Dzisiaj nic nie dostałam. I dobrze. Nie chcę jakiś wymuszonych i pustych słów, tandetnych prezentów itp. Chociaż pamietam jak w 1 lub w 2 klasie gimnazjum, kolega z klasy kupił wszystkim dizewczynom z klasy róże. To było słodkie, miłe i piękne. :)

Plany na dziś? Zaraz idę oglądać „Piłę II”. Tak inaczej. Iaczej niż większosć populacji tej planety. To moje walentynki. A ja chcer je spędzić z Jigsaw’em i jego ofiarami. :] A potem lekcje i może jakiś film w tv. :)

Najlepsze walentynki? Chyba rok temu. Tak. Wtedy byłam mile, kilometry, jardy z tąd. W ojczyźnie 14 lutego. I właśnie 14 lutego zaczęło się jedno z lepszych 2 tygodni mojego życia. Szkoła. Prawdziwa szkoła. Szkoła życia, przetrwania, radzenia sobie w trudnych sytuacjach, języka, charakteru, uczuć, radzenia sobie, bezradnosci, przyjaźni, wyrozumiałości, akcpetacji, poznawania, strachu, radości, rozczarowania, wydawania pieniędzy itp. Taaak. Te 14 dni to było naprawde dużo. Mówi się o ludziach, że ktoś ma tyle dośiwadczenia, że mógłby nim oddzielić kilku ludzi. Nie skłamię, jeżeli powiem, że tak uważam o tych 2 tygodniach, które zaczęły się własnie 14 lutego. 2005.

Mam przed oczami to pudełko pudrowych cukierków, które dostałam równo rok temu. Chyba nawet wszystkich nie zjadłam. Gdzieś się zawieruszyły, albo komuś je oddałam. Nie pamietam. Ale te pudrówki mają dla mnie większe znaczenie niż ta róża pare lat temu. ;)

PS. A te dekoracje były tandetne i beznadziejne. Przechodząc obok nich słyszałam ‚Błagam! Zerwij mnie! Zmniejsz moje upokożenie i cierpienie!’. ;) :P

Dzisiaj kolega rozjaśnił mi umysł… Opis na gg (–> Chile wita bye bye poland) otworzył mi oczy. „Open your eyes” – głos Penelope Cruz z ‚Vanilla Sky’ (filmu, ktory byjl jak dla mnie za dlugi i za trudny) przeszył moją głowę.

Chile… I nie widziałam nic. Nie znajdowałam się w swoim, nota bene posprzątanym, pokoju tylko w kompletnej ciemności. Przez myśli przetaczały się setki wspomnień, a przed oczami, jak zdjecia z polaroidu, sceny z lutego 2005. z ferii.

To mi otworzył oczy… Rok temu. A ja poprostu zapomniałam. Tak jak się zapomina o niemiłym sprzedawcu w sklepie, samochodzie który Cię miną czy o nudnym programie w tv, który oglądasz żeby zapomnieć o problemach. A ja tak ‚potraktowałam’ przyjaciół. Jezu, czuję się głupio. Jak szmata. 365 dni. >.<

Pamiętacie przypowieść o synu marnotrawnym?
Było dwóch synów – jeden został z ojcem i ciężko pracował, a drugi poszedł w świat i stracił cały swój majątek. Drugi syn przyznał się przed samym sobą, ze źle żrobił i wrócił do ojca i go przerposił. Starzec się ucieszył i urządził ucztę z okazji jego powrotu. Pierwszy syn zdziwił sie bardzo i naskoczył na ojca, ze jemu nawet nie pzowala na meł przyjecie z przyjaciółmi. Staruszek odparł mu, że pierwszy syn jest przy nim zawsze i wszystko co staruszka to pierwszego syna. Lecz trzeba się cieszyć, ze drugi syn zrozumiał swój błąd, przynał się do winy i przeprosił.
Wniosek? Mam nadzieje, że moim ‚starzy’ przyjaciele mi ‚wybaczą’ długą nieobecność i będzie dobrze. :)
Nadzieja zawsze umiera ostatnia. ;)

Oprócz tych paru długich listów, pełnych przeprosin i wspomnień, muszę, a raczej chcę, napisać inną serię listów. Jak te peirwsze będą dotyczyły przeszłości, to te drugie – przyszłosci. Boję się. Tylko nie wiem któych bardziej. Przy obydwu poleją się łzy. Ale zobaczymy. :) Nie ma co się martwić na zapas. ;)

Zastanawiam się, czy to co tu napisałam, nie jest zbyt osobiste, intymne, moje. Ale nie chcę zamykać się w moim małym świecie z moimi wyolbrzymionymi problemami. Już nie.

Znalazłam to innym blogu. Do myślenia.

Niekochane nie wpinają czerwonych róż w mysie włosy. Nie tańczą salsy na przystankach autobusowych, ani nigdzie indziej. Spuszczają wzrok na widok całującej się pary. Mają nadwagę i kota Filemona, a także przyjaciółkę jeszcze z podstawówki, której również nikt nie pokochał. We dwie chodzą do teatru i do kina, we dwie spacerują po parkach w niedzielę, we dwie planują pielgrzymkę do Częstochowy. Mówią, że po co im ta cała miłość, która zawsze jakoś głupio się kończy, chorowitym bachorem, wredną teściową, mężem chlejącym z kolesiami. Mówią, że niezdrowe są przeciągi wiejące przez serca. Że jeszcze sama zobaczę.

sęs życia

2 komentarzy

10.01.2006. 19:30
M:
teksty masz zaejbiste :D

10.01.2006. 17:46
M:
ROZUMIESZ JESTES NAJLEPSZA! JESTES BESTIA! GRRR I DLATEGO JESTES NAJLEPSZA :D :D :D

06.01.2006. 18:23
R:
no sure wkrece cie na jakas bibe :] to bedzie zajebicie wtedy :D

06.01.2006. 18:25
R:
kogo? hhmmmm ciebie :) bo lubie cie :)

04.01.2006. 18:29
R:
no i prawidlowo ZUCH DZIEWCZYNA :]

04.01.2006. 19:15
R:
nie martw sie damy rade! :)

04.01.2006. 19:19
R:
nie, ja cie lubie jakbym cie nie lubil to bym teraz ztboa nie gadal :]

03.01.2006. 22:07
M:
Agatka jak szalesjesz co z ta spokojna dziewczynka ktora znam z Kochanowskiego? :D

Takie złote myśli z gadu-gadu. :)

XIV finał

Brak komentarzy

Wczoraj był XIV finał Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy.

12 godzin chodziłam razem z Karolinką po mieście zbierajac pieniądze na chore dzieci i naukę udzielania pierwszej pomocy.

Na samym początku nie szło nam najlepiej. Przez około 4 godziny zebrałyśmy we dwie może 150 zł. Ale kiedy ok 13 dołaczył do nas Rafi i poszliśmy na podbój Galerii – los sie odwrócił. ;] Ja dostałam nawet 50 zł jednorazowo! ;]

Pojechaliśmy pod Pałac, by spotkać Agatkę Młynarską (miłosć Rafiego ;p) ale jej tam nie bło. Znów wróciliśmy do Galerii i po obiadku przyłaczył się do nas Tomasz. I zaraz po wejściu do Galerii jakiś koleś dał nam torebkę pełną monet – od 1 grosza przez 5 zł do euro! ;] nie wiem ile tego było, ale we czwórkę, do 2 puszek wrzucalismy to przez 10 minut! ;]

Potem pojechaliśmy do TVP na Woronicza. Weszliśmy do studia, rozliczyliśmy się – ja miałam około 500 zł ! :D – byliśmy w PANORAMIE i było sympatycznie. ;]

Pojechaliśmy pod Pałac na „Swiatełko do nieba”. Niestety rozdzieliśmy się – Ja, KArolina i Arła same, Tomek i Rafi sami a lamusy – również osobno. Chciałyśmy z dziewczynami isc pod scene, ale tam był tłum, agresywny i wogóle mnóstwo pijanych i naćpanych ludzi. Hardcore. Wycofałyśmy się i oglądałyśmy fajerwerki w bezpieczniejszym miejscu. Fajerwerki były śliczne. Oglądajac je poczułam sie jak mała dziewczynka. Było świetnie. ;]

Po 40 minutach znaleźliśmy Tomka i Rafiego i pojechaliśmy do domów. ;]

Chociaż ludzie nie byli mili – teksty, że już dałam/dałem, że musze rozmienić, że nie mam kasy itp, to było świetnie. :) Dobrze się bawiłam, spędziłam miło niedziele i zrobiłam bardzo dobry uczynek. :D

Czuję się spełniona. :)

i co z tego?
wszystkiego
świat wokół
budzi nienawiść
niszczy umysł
psuje ciało
strach wypełnia krew
krew ciało
ciała świat
nie ma miejsca

na duszę…
i co z tego…
że jestem…

Adnotacja do poprzedniej notki, ostaniego wersa wiersza

i panna nikt czekająca na szczęście

1) Sprawy pozostawione same sobie, zmieniają się ze złych na jeszcze gorsze. – jedno z praw Murphego, które poprostu uwielbiam i uważam, że coś w nich jest. ;]
Nie mówię, że będę szukać na siłę szczęścia lub wmawiać sobie ze jest dobrze, fajnie i wogóle szczęśliwie. Nie bedę czekać z założonymi rękami. Spełniam swoje marzenia, bawię się i nieczego nie żałuje. ;] A szczęście znajdzie mnie – jeśli tylko zdoła mnie dogonić. ;]

2) Panna Nikt – z tym się nie zgodzę. ;] Każdy jest kimś i każdy jest jedyny, niepotwatrzalny, wyjątkowy i jedyny w swoim rodzaju. ;] A ja napewno nie jestem Nikim – szybko zapadam ludziom w pamięć, jestem ważna i potrzebna niektórym, nie jestem ‚lamusem’. ;]

to tyle na teraz. Dzisiaj byłam na castingu do nowego polskeigo serialu. Posżło nieźle, ale nie idealnie, ale w realnym świecie nie ma ideałów. :] Pogadałam sobie z kolegą o jakiś totalnych głupotach, posłałam setki uśmiechów monitorowi. ;]
Jest dobrze. ;]

PS. Pierwsza notka w tym roku. ;]


  • RSS